Pierwszym wyjazdem tego sezonu był mecz w stolicy Azerbejdżanu- Baku, gdzie UEFA nakazała rozegrać mecz domowy drużynie Chazara Lenkoran. Na taki wyjazd (a właściwie "wylot") mogło pozwolić sobie stosunkowo niewielu kibiców, choć liczba 84 fanów robi wrażenie. Większość szykowała się więc na wypad do Bytomia, ale ich emocje ostudzili najpierw działacze Polonii - ogłaszając tymczasowe zamknięcie sektora gości, potem PZPN - akceptując tą decyzję, a na końcu Ekstraklasa - odwołując m.in. kolejkę z tym meczem. Bytom nam więc nie przepadnie, tymczasem trzeba było obrać kurs na Białystok. Przygotowania ruszyły tradycyjnie z ogromnym rozmachem - Wiara Lecha wstępnie zabukowała pociąg specjalny, a w TIFO rozpoczęły się zapisy. Spore zainteresowanie wskazywało, że możemy oczekiwać inwazji na Białystok. Tydzień przed wyjazdem gruchnęła jednak wieść: nie będzie specjala! PKP nie miała sprawnych składów do obsłużenia kursu i organizatorom pozostało jedynie zwrócić wpłacone pieniądze. Bilety na sam mecz do Poznania jednak doszły, więc... w czym problem? Dystrybucja wejściówek trwała kilka dni i choć z oczywistych względów cieszyła się ona mniejszym zainteresowaniem, było pewne, że po białostockim boisku piłkarze Kolejorza nie będą biegać osamotnieni.
Znamy takie mecze, które nominalnie są wyjazdami, ale de facto trudno je nimi nazwać. Mam na myśli chociażby nasze wypady do Wronek i Grodziska, nie mówiąc już o rozmaitych derbach miasta. Nam takie spotkania w ostatnim czasie pouciekały, ale i tak nie mamy tego problemu, co ludzie z Białegostoku. Oni wszędzie mają daleko. I analogicznie wszyscy mają daleko do nich. Niektórzy posiadacze biletów zdecydowali się na podróż samochodem, większości jednak nie uśmiechał się transport kołowy na drugi koniec Polski. Pozostało więc stawić się w odpowiednim momencie na dworcu i poszukać odpowiedniego połączenia kolejowego. Choć wyjazd był niezorganizowany, w niedzielny ranek poznański Dworzec Główny zaroił się od kibiców Kolejorza. Oczywiście nie był to żaden zbieg okoliczności. Drogą nieoficjalną umówiono się na wspólną jazdę rejsowym pociągiem pospiesznym przez Warszawę, który tego dnia wyruszał o godz. 5.55. Nieformalny charakter wyjazdu wymuszał daleko idącą dyskrecję. Na trasie mogły się znaleźć osoby potencjalnie nieprzychylne naszemu wyjazdowi, zarówno w służbowych mundurach, jak i całkowicie cywilnych strojach. Tym samym sygnał o wyjeździe mogły otrzymać tylko w miarę "ogarnięte" i nieanonimowe osoby.
Przed 6.00 kilkusetosobowa grupa kibiców rozlokowała się na całej długości pociągu relacji Szczecin-Ełk, którego najważniejsze dla nas stacje to Poznań i Białystok. Jako że opanowaliśmy kilka wagonów, miejsca było pod dostatkiem i można było odbyć podróż w całkiem luksusowych warunkach: na siedząco i z bagażami w przeznaczonych dla nich miejscach. Dla zwykłych podróżnych takie warunki są normą, ale jeśli porównamy to do ścisku w specjalach, to mamy normalnie Luwr. Wersal z kolei zafundowali sobie co bardziej obrotni kibice, którzy odważnie władowali się do pierwszej klasy. Przy czym "zafundowali" to słowo mocno naciągane, gdyż bilety na te wagony są jakby nieco droższe. Jednak każdemu może się zdarzyć pomyłka, a bilet grupowy zawsze może mieć Paweł gdzieś tam daleko z przodu - słowem odrobina bajeru i... niektórzy dojechali w "wersalskich" klimatach aż do Białegostoku. Podróż upływała bardzo spokojnie, a prawdziwe życie toczyło się w przejściach między przedziałami: tam palacze oddawali się swej pasji nie trując zdrowych kompanów, trwała wymiana vlepek między różnymi grupami i wreszcie toczyły się zawzięte dysputy na wszelkie tematy. Wszystkich przebiła jednak załoga jednego z przedziałów, która w komplecie... grała w karty, a za stolik służył im... bęben [biorąc pod uwagę długość trasy, odpowiednią grą byłaby chyba tzw. wojna :)]. Słowem: spokój i sielanka.
Po opuszczeniu Wielkopolski wjechaliśmy na teren wyjewództwa kujawsko-pomorskiego, które - jak można było stwierdzić po treści mijanych napisów - jest we "władaniu" Zawiszy i Elany. Nikt z tych grup nie przyszedł jednak powiedzieć "dzień dobry!", mieliśmy za to innych nieproszonych gości. Miejscowe oddziały prewencji, mając już zapewne sygnał o składzie nadjeżdżających pasażerów, uparły się bowiem przejechać z nami kilka stacji. W skrajnych częściach pociągu zebrało się łącznie kilkunastu funkcjonariuszy. Wyszła z nimi jedna humorystyczna sytuacja, gdy zawiewający z bez przerwy otwartych okien wiatr stawał się dla stojących wciąż w jednym miejscu "wąsów" nieznośny. Funkcjonariusze zamykali najbliższe sobie szyby, ale na daremno - najdalej po kilku minutach przychodził tam kolejny palacz, oczywiście zapominający na powrót zamknąć okna po skończonej konsumpcji. Trochę zabawy było też z podróżnymi wchodzącymi na kujawskich stacjach do opanowanych przez nas wagonów. Ci nie mogli zrozumieć nadzwyczajnego zapełnienia pociągu (wszak normalnym kursem jedzie zawsze mniej więcej tyle samo osób) i nerwowo szukali pustego przedziału. "Nie jesteśmy groźni" - powiedziała jedna ze starszych pań, gdy szukała już tylko wolnego miejsca w którymś z przedziałów. Teoria mówi, że ludzi śmieszy to, co jest nienaturalnie do siebie podobne, lub to, co jest krańcowo różne. W tym przypadku ewidentnie podpadamy pod drugą opcję. Cóż, mimo daleko posuniętych procesów asymilacyjnych, najwidoczniej nadal jesteśmy niekompatybilni z resztą społeczeństwa :).
Podróz mijała bez większych wrażen. Niemal w stanie uśpienia wjechaliśmy do Włoch (rzecz jasna tych warszawskich), co dla piszącego te słowa było jakimś "przeżyciem" - wszak zaliczał, w co trudno uwierzyć, swoją pierwszą wizytę w polskiej stolicy. Krótko mówiąc, wiele nie straciłem. Jakieś chaszcze, śmierdzące fekaliami tunele kolejowe oraz przebijający się z oddali Pałac Kultury i Nauki imienia (niegdyś) Józefa Stalina to z grubsza wszystkie zaznane walory estetyczne, ale też trzeba przyznać, że trasa nie została najlepiej zaprojektowana pod względem krajoznawczym. Warszawa Centralna to dłuższy postój i zupełny spokój - to słowo pojawia się w tej relacji nie po raz pierwszy i ostatni. Cichy i niemal pusty dworzec nie przejął się zbytnio naszą wizytą, nie licząc młodej pani z okrzykiem "Jagiellonia!" i starszego pana, kiwającego do nas przyjaźnie dłonią. Stacja Warszawa Wschodnia oznaczała dla nas pożegnanie ze stolicą, pozostało tylko więc odczekać jeszcze parę godzin i wysiąść u celu naszej podróży. Na miejscu można było śmiało zadać pytanie "Gdzie jest ten dworzec?", bo na pierwszy rzut oka... nie było tam nic! Nikogo po wizycie na białostockim dworcu nie powinno więc dziwić, że to właśnie w tym mieście dojrzewała doktryna polityczna "Nie będzie niczego". Pociąg się jednak zatrzymał, a oczekujący tłumek policjantów i kilku gapiów w jagiellońskich barwach nie pozostawiał złudzeń, że to właśnie tu mamy wysiąść. Było ok. 14.30, gdy po krótkim marszu wsiedliśmy do podstawionego ikarusa i ruszyliśmy w stronę ul. Słonecznej. Przy dworcu stały jeszcze dwa pojazdy, te nie wystartowały jednak od razu - kolejne partie kibiców miały być dowożone sukcesywnie gdy poprzednie transporty wejdą już na obiekt.
Nadjeżdżający pojazd zastała jednak zamknięta brama i sugestywne gesty ochroniarzy, pokazująch dobitnie: "nie wjeżdżać". Autobus stał dłuższą chwilę w miejscu i w środku zaczęło robić się duszno, gdy do autobusu podbiegł pan w kasku na głowie z informacją, że "nie ma listy". Krótki dialog z wychylonym przez okno organizatorem wyjazdu, który poinformował o wysłaniu takowej dzień wcześniej e-mailem, i wszystko jasne - obserwator PZPN unieważnił listę. Brakowało pieczątki klubu na wszystkich kartach dokumentu i fakt, że lista poszła poprzez e-mail (który zresztą jest klubowy) niespecjalnie przedstawiciela soli światowego futbolu zainteresował. Kibice, którzy w międzyczasie opuścili pojazd, nawet zbytnio nie zdziwili się, gdy poznali nazwisko obserwatora. Chciałoby sie rzec: Andrzej Tomaszewski powraca! Grupka kibiców cierpliwie stała pod stadionem i wdychała zdrowe leśne powietrze (stadion Jagiellonii ze wszystkich niemal stron otacza obfity drzewostan). Co zaradniejsi spisali po drodze z ulicznych reklam numery telefonów miejscowych pizzerni i w trakcie długiego oczekiwania złożyli zamówienie. Dostawcze samochody dojechały mniej więcej w momencie, gdy zdecydowano się otworzyć bramę. Gdy więc kibice zaczęli wchodzić na stadion, niektórzy kibice przy ostrych ponagleniach ze strony naszych liderów finalizowali zamówienia. Po przejściu krótkiej trasy i wejściu na koronę stadionu, należało przejść ekspresową kontrolę biletowo-bagażową, która wyglądała bardzo oryginalnie. Kibice wchodzili z dwóch stron, a niesymetrycznie rozstawieni ochroniarze rzucali tylko hasła „sprawdzane?”, także w zależności od rozwoju wypadków można było być przeszukanym trzykrotnie, albo w ogóle uniknąć rewizji.
Po ekspresowym wejściu pierwsi kibice szybko zajęli miejsca na sektorze i wzięli się za rozwieszanie flag. Szybko dołączały do nich kolejne transporty kibiców z dworca oraz grupa samochodowa, więc wszyscy zgromadziliśmy się na obiekcie na ponad godzinę przed meczem. Łącznie były nas 472 osoby. Z Jagiellonii, której ostatecznie miało się zebrać ok. 9000, również większość była juz na trybunach, co moim zdaniem powinno być także stałą praktyką na naszym stadionie. Po raz kolejny padnie jednak słowo sielanka, gdyż tak należy nazwać panujący wówczas stan. Piłkarze Lecha leniwie spacerowali po murawie, trener Smuda rozmawiał spokojnie z miejscowymi, z głośników nie płynęła żadna muzyka, a wszelkie służby ochrony były jeszcze głęboko pochowane. Płoty stadionu przy ul. Słonecznej były wciąż nagie, dopiero przed samym rozpoczęciem meczu zaczęto wieszać flagi. Ale i to w nieprzypadkowej kolejności - najpierw wieszaną nad Ultrą (odpowiednikiem Kotła), a więc w miejscu niedostępnym, "Ultras Jagiellonia", potem najdłuższą z napisem "Jagiellonia Białystok", a dopiero tuż przed pierwszym gwizdkiem pomniejszymi płótnami. Łatwo się domyślić, że szybka akcja kilku zgranych osób sprawnie ogołociłaby białostockie płoty, biorąc pod uwagę przedmeczową sielankę. Jagiellonia, jak twierdzą ludzie z "branży", nie miałaby sił obronnych i opisana sytuacja to potwierdza. Nie przeszkadzało to jednak miejscowym mocować się z nami słownie, były to jednak deklaracje "bez pokrycia". Nic więc dziwnego, że wysyłany w takich wypadkach sarkastyczny okrzyk "chuligańska trzecia liga", zastąpiono taką samą "okręgówką". Po raz kolejny dał o sobie znać Andrzej Tomaszewski z PZPN-u, który podszedł pod nasz sektor i szukał, czego można przyczepić się w wywieszonych płótnach. Jako że przy wszelkiej muzyce lepiej się pracuje, z pomocą przyszli mu fani Kolejorza, rytmicznie wykrzykująć "Obserwator-prowokator!".
Gdy godzina meczu nadchodziła już nieubłaganie, swój show rozpoczął miejscowy spiker. "Spotykamy się dziś w sobotę" - zaczął swój niedzielny występ. A potem było już tylko gorzej. Po wymęczonym i pełnym wpadek wstępie rozpoczął się hit dnia, czyli wyczytywanie składów. Ciekawsze pozycje z naszej kadry: Luis Chernandez** i Anderson Choto. Z sektora gości szły głośne śmiechy i ironiczne oklaski, lecz prawdziwy ubaw dała dopiero prezentacja składu Jagi. Wyglądała ona w ten sposób, że spiker wykrzykiwał imię, a publiczność nazwisko. Była to jednak taka wersja dla debili - bo mówca najpierw podawał całe nazwisko i dopiero wtedy, gdy publika zdążyła się go nauczyć, robił przekrzykiwankę. Całość wieńczyło wyczuwalne niesamowite podniecenie spikera. Najzabawniej brzmiały łamańce językowe przy nazwiskach obcokrajowców, np. "Alexis Patricio Norambuena Ruz". Kibicom Kolejorza zabawa tak się spodobała, że imiona białostockich piłkarzy zaczęli wykrzykiwać razem ze spikerem. Niezrażeni fani z Ultry odkrzykiwali nazwiska...
Gdy piłkarze zeszli przejściem po schodach trybuny głównej na boisko, z trybun poszło ogłuszające: "BKS! BKS!". Po chwili stadion ryczał już głośno charakterystycze "Tylko Ty", a w tym czasie na Ultrze rozwinięto transparent ku czci zmarłego niedawno Mirosława Sowińskiego. Próbowaliśmy się przebić z dopingiem, jednak zabawa w sektorach gospodarzy trwała w najlepsze, do czasu, aż zorientowano się, że trwa minuta ciszy dla bohatera transparentu. Jak się okazało, siadł stadionowy wzmacniacz i spikera odtąd słychać było tylko na VIP-ach. Obie strony umilkły, zaś fani Jagiellonii odpalili symboliczną racę. Po chwili znów zerwali się do głośnego dopingu, ale jak się miało okazać, to było wszystko, na co ich było stać tego dnia. Ekipa z Białegostoku przeżywa wewnętrzny kryzys - w ostatnich miesiącach dochodziło wewnątrz niej do ostrych tarć, a iskierką do beczki prochu stał się wywieszony przez jedną z grup transparent "Roger - nigdy nie będziesz Polakiem" z ubiegłej wiosny. Kolejne przetasowania i przewroty zrobiły swoje i rozprzężenie weszło też w organizację dopingu. Miarą upadku były próby puszczenia bluzgów w naszym kierunku. Gdy grupka fanów Jagiellonii wyrwała się ze znanym antylechickim wrzutem, w odpowiedzi poszło hasło "morda krótko..." z ostatnim słowem zmienionym na "okręgówko". To najwidoczniej zdenerwowało miejscowych - widać tylko było machającego gniazdowego i... jeden wielki bełkot, który wygasł po kilku sekundach. "Coś wam nie wyszło" zaśpiewali na znaną melodię fani Lecha, nie określając rywali bynajmniej zwrotem "hej Jaga". Miejscowi kibice śpiewali jeszcze trochę w pierwszej połowie, ale brakowało im zdecydowanie przyśpiewek z "ogniem", jak np. nasze "My wierzymy..." ("same ballady" - trafnie podsumował kolega). Gospodarze cichli też z minuty na minutę, a w drugiej połowie w ogóle nie istnieli - nie licząc głośnego "dziękujemy!" po meczu, dziwnego w kontekście wyniku.
Nasz doping prowadzony był znacznie lepiej, w pierwszej połowie pozostawiał jednak wiele do życzenia. To, że cały czas "coś tam" leci w stronę boiska to trochę za mało na ekipę kibicowską o naszych aspiracjach. Nie wiadomo czy to długa podróż, czy senna atmosfera sprawiły, że śpiewaliśmy jakoś bez przekonania. Nawet dwie pierwsze bramki przyjęte zostały bez tego entuzjazmu, co zawsze. "Poznań, Poznań, hej Kolejorz!" śpiewane na pół gwizdka jest profanacją dla tej pieśni! W dodatku mieliśmy problem z utrzymaniem rytmu - bęben nie zawsze był dobrze słyszalny, a obsługujący go - przynajmniej z mojej perspektywy - chyba też czasem gubił rytm. Skład sektora niby był w miarę wyselekcjonowany, ale może za bardzo? Może niektórzy, na których w dopingu powinno się liczyć najbardziej, nie przykładali się należycie? Bardzo możliwe, gdyż po ostrej reprymendzie ze strony wodzireja doping znacząco się poprawił. Gdy jeszcze przez sektor przeszła wyspecjalizowana "komisja", która upomniała kilku obijających się, nasz śpiew wreszcie nabrał mocy. Momentem wielkiego ożywienia była też tzw. dzicz, tym razem zaprezentowana w formie tzw. rozstąpienia. Gdy kibice rozeszli się na boki, prowokacje gestami wzmiacniało rzucania w stronę przeciwnika pudełkami po pizzy. Zabawnie wyglądał pusty plac pośrodku sektora, na którym co jakiś czas lądowały kartony. Krajobraz bitwy dopełnił się juz po efektownym zderzeniu dwóch wbiegających stron, gdy nad głowami kibiców uniósł się tuman kurzu. "Bitwa" ożywiła ospałych kibiców i od tego czasu doping wyglądał dużo lepiej. Można było oczekiwać, że druga połowa będzie pod względem kibicowskim lepsza.
Tak też się stało. W drugiej części meczu wreszcie nabraliśmy energii i dopingowaliśmy na dobrym poziomie. Pomagały nam w tym niemal milczące trybuny Jagiellonii. Drugą połowę rozpoczęliśmy przyśpiewką "Chodź opowiem ci bajeczkę...", wyłożyliśmy się jednak na trzeciej zwrotce - na sektorze były różne wersje, kto jest "ruski" i w jakiej kolejności. Później skupiliśmy się już na własnej drużynie i tu z minuty na minutę było coraz lepiej. Kilka razy z dumą ryknęliśmy "Boją się nas...", które tego dnia wychodziło całkiem nieźle. Pozytywny wynik i kolejne akcje ofensywne Kolejorza nakręcały nas coraz bardziej i skłoniły do ciągnięcia przez wiele minut naszej sztandarowej pieśni: "Niech zwycięża Lech! Wielki Kolejorz KKS!". Bodźcem do jeszcze głośniejszego śpiewu była trzecia bramka Kolejorza, tym radośniejsza, że z naszej perspektywy nie było widać samobója. Zresztą - czy naprawdę robi to wielki problem? Lech po pogromie szwajcarskiego Grasshoppers Zurych gromił właśnie Jagiellonię Białystok i kibicom Kolejorza nie pozostało nic innego, jak zaintonować "Dumą Polski jesteśmy od lat". Ciągnięta przez wiele minut przyśpiewka była najlepszą częścią naszego śpiewu tego dnia. Nic chyba nie daje człowiekowi takiej radości, jak dopingowanie ze świadomością, że wychodzi nam to świetnie. I właśnie dla takich chwil, nawet gdyby (teoretycznie) cała reszta wyjazdu miała być nieudana, można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć nieobecnym dziennikarskie: "Szkoda, że państwo tego nie widzieli!". Zastosowaliśmy tutaj także nasz poznański patent, polegający na nagłym wyciszeniu w trakcie śpiewu. Gdy po paru cichych powtórzeniach w pewnym momencie padła komenda podgłośnienia, usłyszeliśmy tylko potężna echo odbijające z przeciwległych trybun słowa: "Wszyscy boją się nas! Lecha zna cały świat!". Dźwięk odbijał się też przy przeciągłym okrzyku "oooo" z wychylonymi rękoma, które kończyło głośne "Kolejorz!".
Po meczu świętowaliśmy przez chwilę wspólnie z piłkarzami, w czym jak zwykle wodził rej kapitan Kolejorza Piotr Reiss. Zwodnicy na pożegnanie krzyknęli w naszą stronę "kto wygra mecz?" i po naszej odpowiedzi poszli w stronę szatni. Na stadionie Jagiellonii panowała już absolutna cisza, a większość miejscowych opuściła już trybuny. "Jaki tu spokój///lalala///nic się nie dzieje///lalalala" - zaintonowała część naszych kibiców. Po chwili wszyscy ruszyliśmy w stronę bramy, wychodząc z przeczuciem, że ze strony Jagiellonii mecz w ogóle nie wypalił jako kibicowski hit, a i my mogliśmy dać z siebie o wiele więcej. Nie było jednak czasu na rozważania, gdyż minęła już godz. 19.00, a nasz pociąg odjeżdżał o 20.10. Następny był o... 23.45 - z przesiadką i parugodzinnym postojem w Warszawie. Miejscowe siły porządkowe z pewnością chciały mieć nas jak najszybciej z głowy i nie było mowy o trzymaniu na sektorze. Szybko znaleźliśmy się w podstawionych ikarusach i po minięciu trzech rond oraz kilku miejsc z widocznymi zniszczeniami po ostatnich wichurach, nieżyczliwie pozdrawiani przez nielicznych osobników w barwach Jagiellonii, trafiliśmy na miejscowy dworzec. Tam trwały narady w niektórych podgrupach - niektórzy wyjazd potraktowali w kategoriach carpe diem i nie zastanawiali się nad powrotem. Większość grzecznie kupiła weekendowe bilety turystyczne, ja jednak np. miałem bilet tylko w jedną stronę. Co robić? Szybkie ustalenie - jedziemy na bilet grupowy, a kolega z nim gdzieś się zgubił i jest w innej części pociągu. Jak się okazało, przy powrocie nie było już takiej spontaniczności, jak w drodze do Białegostoku, gdyż oczekiwały na nas z góry wyznaczone wagony. Wielu ich nie było, stąd i ścisk był całkiem duży. Nikt jednak na wycieczkę orbisowską nie pojechał i nie wymagał żadnych luksusów, a dla mnie nawet tłok był sprzymierzeńcem - w końcu bilet grupowy... A że przy gonitwie do pociągu (zupełnie niepotrzebnej) zgubiłem swoją grupę, właściwie sam uwierzyłem w istnienie tego biletu :).
W warunkach tłoku nikomu nie przychodziło jednak do głowy robić kontroli - choć w pierwszą stronę były dwie - a wszystkich chyba zależało na tym, żeby jak najszybciej oddelegować nas do Poznania. W pociągu panował spokój i nie było mowy o żadnych bezsensownych demolkach, jak według niektórych opinii wyglądają powroty kibiców. Z niektórych przedziałów dochodziły tylko głośne śpiewy, gdyż dwóch kibiców obchodziło jubileusz setnego wyjazdu za Lechem. Podróż upływała w radosnej i spokojnej atmosferze aż do Warszawy, gdzie niestety wcisnęli się do składu policjanci. Obecność niezbyt lubianej wśród kibiców prewencji i dodatkowo robienie przez ubranych w pełnym rynsztunku (z tarczami i butlami gazowymi) funkcjonariuszy dodatkowego tłoku trzeba było jednak przeboleć, co przyszło o tyle łatwiej, że wysiedli już w Sochaczewie. Potem jeszcze tylko widzewskie Kutno i można było wjechać na nasze tereny. Koło, Konin, Września - wszędzie tam wychodziły grupki niebiesko-białych fanatyków - i wreszcie Poznań. Wreszcie, bo choć wyjazd był bardzo udany, to jednak męczący i po trwającej niemal dobie nieobecności każdy chętnie odwiedziłby swój dom. Ostatnie kilka kilometrów bana jak na złość przejechała w tempie żółwia, tym więcej więc sprawiła radości, gdy tuż przed czwartą rano zatrzymała się na Dworcu Głównym.
Niezorganizowany wyjazd pociągiem rejsowym, nawet jak nie dostarcza jakiś efektownych wrażeń, jest sprawą bardzo sympatyczną i zawsze jakąś odskocznią od codzienności. Szkoda jednak, że specjal nie doszedł do skutku, gdyż z tego powodu w Wielkopolsce zostało wielu kibiców, wraz z którymi moglibyśmy zrobić w Białymstoku efektowną atmosferę. 472 osoby to jednak nie 1200. Przed nami jednak kolejne ważne mecze. W lidze u siebie podejmujemy Górnika Zabrze, zaś na wyjazd udajemy się do zaprzyjaźnionej Arki Gdynia. W dalekim St. Gallen czeka nas ponadto pucharowy rewanż z Grasshoppers Zurych.
Mateusz Otta
**[Luis Chernandez - "Ch" ode mnie, żeby podkreślić, że nie było to nieme hiszpańskie "h". Chociaż z drugiej strony i ta wersja pogrążyłaby spikera].
|