Różne są metody na to, by stać się medialną gwiazdą dnia. Można zachowywać się skandalicznie i jeszcze udawać ofiarę, licząc na to, że media wykreują z tego wielkiego newsa. Można też poczekać na jakiś substytut skandalu, odczekać na pierwsze komentarze i skompilować z nich własną opinię, aby na fali wykreowanego przez kilka osób oburzenia błysnąć, stojąc po jedynej słusznej stronie. Który z panów jaką opcję wybrał, nie trudno zgadnąć. Swoje przesłania obydwaj mogliby jednak zamieszczać najwyżej na YouTube, gdyby nie usłużna ręka podtykająca dziennikarski mikrofon; ręka osoby, której (mocodawcy?) najwidoczniej z jakiś względów na przeszkodzie stanął Lech Poznań.
Jest wrzesień 2008 roku. W Wiedniu panika, gdyż na miasto najechać ma horda dzikich kibiców z Polski. Na meczu rzeczywiście jest niespokojnie - w kierunku bramkarza gości seryjnie lecą zapalniczki. Tyle, że rzucają je przedstawiciele społeczności najechanej, wiedeńscy tubylcy. Nie żebym usprawiedliwiał Polaków. Faktycznie, jeden z nich zachowywał się skandalicznie. Cały mecz ostro faulował rywali, nie zważając na ich zdrowie. W końcu co to jest złamać komuś nogę... Mowa jednak o Polaku w barwach Austrii Wiedeń, Jacku Bąku. Wiadomo, że takimi zagraniami sympatii kibiców Lecha nie mógł wzbudzić. Wszystko to byłoby jednak potraktowane wyłącznie jako ostra gra, gdyby nie zajście z drugiej połowy. W trakcie boiskowego zamieszania Bąk bezpardonowo uderza w twarz Hernana Rengifo i tylko temu, że sędzia nie zauważył chamskiego zagrania, zawdzięcza pozostanie na boisku. Jest to jednak członek Klubu Wybitnego Reprezentanta i, zdaniem niektórych powinno mu się mimo wszystko bić brawo. Zresztą może Rengifo miał nóż? W takim razie obrona konieczna.
Niestety to jeszcze nie ten moment, kiedy można by zarzucić hasło: "spuścić kurtynę!". Tragifarsa miała ciąg dalszy. Wybitny Reprezentant postanowił iść w zaparte. Żadnego uderzenia, to było pchnięcie barkiem - panu Jackowi albo mylą się części ciała, albo liczył, że kamery nie wychwyciły jego zagrania. Wychwyciły doskonale. Jednak winny jest Tomasz Bandrowski, który ostro sfaulowany, w ogóle śmiał protestować. A przecież kim on jest, on grał w Bundeslidze tyle, co pan Jacek był na urlopie. Czy w takim wypadku Ren Coś Tam mogło się upiec? Niestety kibice Kolejorza nie przyjęli tego toku myślowego. Stąd solidne gwizdy na stadionie w kierunku Bąka, przy każdym dojściu piłki, które nie przeszkadzały jednak mu dalej ostro faulować (według niektórych gdyby nie spryt Roberta Lewandowskiego, który w odpowiednim momencie podskoczył, snajper Lecha zaliczyłby dłuższy urlop zdrowotny). Stąd też incydent w hotelu. Incydent, którego Bąk nie potrafił przyjąć z honorem i postanowił nagłośnić. Na walkowera liczył?
Jest październik 2008. Trybunę poznańskiego stadionu zakrywa karykatura legijnej sektorówki. Oryginalnej flagi już nie można prezentować: ktoś skasował ruch kibicowski przy Łazienkowskiej, ktoś postawił barierki w poprzek Żylety i ustawił tam ochroniarzy. To właśnie jednak ten ktoś najbardziej ze wszystkich oburzył się parodią. Sam nie wiem, co jest bardziej żałosne: krokodyle łzy, czy refleks szachisty Leszka Miklasa. Nie ulega bowiem wątpliwości, że pochodzący z Iławy prezes warszawskiego klubu sam na "nazistowską" interpretację flagi nie wpadł. Jest prawdą, że niektórzy kibice-internauci Legii - także ci spośród najbardziej zaangażowanych - uznali, że ruiny warszawskich budynków na tle tekstu "Zniknie Warszawa/Tak jawa, jak sen" to szydera z Warszawy zburzonej przez Niemców. Intepretacja to zbyt daleko idąca, ale chwytliwa medialnie. Kibiców można zrozumieć - część jest bardzo zaangażowana w pielęgnowanie tradycji powstańczej, innych niechęć do Kolejorza zagłusza na rozsądne argumenty. Ale Leszek Miklas? Odpowiedź jest prosta. Pracowników firm z koncernu ITI już kilka razy złapano (poprzez numery IP) na dodawaniu na legijnych portalach komentarzy popierających linię duetu Walter-Miklas. To są zawodowi spamerzy. Z tego też wnioskujemy, że zarząd Legii ma doskonały przegląd nastrojów w internecie. I ktoś z tych osób zwyczajnie prezesowi Legii szepnął, że jest taki pomysł, aby nagłośnić sprawę jako gest poparcia dla polityki Adolfa Hitlera. Jest kilka wersji czemu miała służyć ta akcja. Być może Miklas walczy o sympatię niezdecydowanych sympatyków Legii, którzy nie są zaangażowany w obecnym konflikcie po żadnej ze stron. Może - to najmniej prawdopodobne - chciał się podlizać najzagorzalszym fanom Legii, aby mieć pretekst do pogodzenia się i przywrócenia tym samym dopingu (przypomnę, trójka byłych piłkarzy Legii cały czas prowadzi mediację). Inna opcja to taka, że panu Leszkowi nie wystarcza już reformowanie własnych trybun i bierze się za obce. Czyżby i u nas 15-20 procent fanów to neonaziści, jak kiedyś scharakteryzował swój stadion Miklas?
Najbardziej śmieszy fragment o tym, jak władze Lecha Poznań śmiały zgodzić się na zademonstrowanie tej flagi. Przypomnę tylko, że cała prezentacja trwała kilkadziesiąt sekund. Kadziński z Pogorzelczykiem powinni przeskoczyć barierki i siłą pociągnąć flagę z powrotem na dół... Leszkowi Miklasowi nie mieści się najwidoczniej w głowie to, że na stadionie piłkarskim można uniknąć cenzury prewencyjnej. Jego mocodawca Mariusz Walter doskonale pamięta tamte czasy (był zresztą wtedy po "tamtej" stronie i nawet pracował w PRL-owskich mediach), ale Miklas jako człowiek względnie młody nie powinien już nosić w sobie tego brzemienia. Kiedyś na trybunie krytej warszawskiego stadionu rozwinięto wielką flagę przedstawiającą Waltera ucharakteryzowanego na komunistycznego działacza "Che" Guevarrę, z inskrypcją "Mordo ty moja!". Klub na własnych kibiców wysłał wtedy oddział ochroniarzy - takich z kaskami i pałkami. Na następny mecz szczegółowym rewizjom poddawano wszystkich wjeżdżających na stadion, nie wyłączając dziennikarzy i pracowników klubu. Kiedy innym razem na płocie powieszono transoparent "Miodowe lata - 1967-1982" (to okres, w których Mariusz Walter był członkiem PZPR-u), na następnym (z Lechem Poznań zresztą) bandy reklamowe podwyższono tak, aby zasłaniały cały płot. Jak widać, w niektórych miejscach komuna ma się w najlepsze. Dodajmy jeszcze tylko, że rządy Leszka Miklasa to jeden wielki konflikt. Był kilka lat temu prezesem Legii - konflikt z kibicami. Wrócił jako pałkarz ITI i jest wojna totalna. Jak to jest, że inni jakoś umieli się dogadać, a Miklas nie potrafi? Sami się zastanówcie, czy taki człowiek ma jakiekolwiek prawo pouczać nas w kwestiach kibicowskich.
Niestety zarówno Jacek Bąk, jak i Leszek Miklas, otrzymują duże wsparcie ze strony mediów. Ledwie Bąk zdążył osuszyć polane sokiem ubranie, już Przegląd Sportowy miał newsa, że zawodnika Austrii wytargano do zaplecza i chciano pobić. Nieoficjalnie mówi się, że to sam zawodnik pożalił się zaprzyjaźnionemu dziennikarzowi Mateuszowi Borkowi, który załatwił poszkodowanemu koledze krwawego newsa. Sam zawodnik nie ukrywał później, że nie potrafił przyjąć zniewagi z honorem. Jak bowiem inaczej wyjaśnić sytuację, w której w pomeczowym wywiadzie w Gazecie Wyborczej Bąk przyznaje, że rzeczywiście był to tylko sok, ale na pewno chcieli go jeszcze pobić i być może mieli nóż. Zdanie z nożem to już był szczyt bezczelności. Równie wielkiego wsparcia część mediów z Gazetą Wyborczą na czele udzieliła Leszkowi Miklasowi, którego zresztą nie odmawia mu także przy innych okazjach. Lech Poznań potrafił dwa razy z rzędu zapełnić niemały stadion i stworzyć niezapomniane spektakle kibicowskie, a przede wszystkim odnieść wielki (jak na polskie warunki) sukces, jakim był awans polskiej drużyny w dramatycznych okolicznościach do fazy grupowej Pucharu UEFA. Komu zależy na zdeprecjonowaniu tego wielkiego sukcesu? Na czyje zamówienie pisane są różne fakty prasowe pełniące obowiązki skandalu? I wreszcie do czego prowadzi lansowany przez niektóre media Miklasowski model trybun? Na to ostatnie niech odpowiedzą liczby. Po usunięciu kilkunastu rzekomych bandytów, frekwencja na Legii zaczęła dramatycznie spadać i osiągnęła obecnie najniższy poziom od 1938 roku. Mecze z Legią i Austrią obejrzało ok. 50.000 widzów - przy co najmniej dwa razy takim zainteresowaniu.
Za Antypanoramę powinniśmy przeprosić. Przede wszystkim najbardziej dotkniętego Leszka Miklasa. Niektórzy proponują przesłanie mu w ramach przeprosin dużego tortu. Na formę przeprosin dla Jacka Bąka ogłaszamy otwarty konkurs. A tak na poważnie, najlepiej róbmy swoje i nie przejmujmy się szczekaniem skierowanej przeciwko nam machiny medialnej, której panowie Bąk i Miklas - wbrew swojemu mniemaniu - są tylko drobnymi trybikami. Albo lepiej będzie: marionetkami.
Mateusz Otta
|