O pamiętnym dwumeczu z Legią Warszawa w 2004 r., a także o jutrzejszym finale Pucharu Polski rozmawiamy z byłym trenerem Kolejorza, a obecnie szkoleniowcem Widzewa Łódź - Czesławem Michniewiczem.
W 2004 r. zdobył Pan z Lechem Puchar Polski. Jak Pan wspomina tamten czas?
Czeław Michniewicz: To był czas szczególny dla mnie i dla moich piłkarzy. Była to moja pierwsza praca z seniorami w wielkim klubie, chociaż z trudnościami. Ten klub miał problemy finansowe, ale za to wspaniały zespół. Zarówno jeśli chodzi o podejście, czy mentalność, która była zwycięska. Dzięki temu udało nam się stoczyć wyrównany dwumecz z Legią i zasłużenie zdobyliśmy ten Puchar, po fantastycznym meczu w Poznaniu. Zawsze będę pamiętał fetę jaka na nas czekała po powrocie do Poznania, o tej radości po kilkunastu latach bez Pucharu. Mam dużą satysfakcję z tego.
Wydawało się, że wówczas piłkarsko silniejsza była Legia, a jednak to Pana drużynie udało się zdobyć to trofeum. Z czego to wyniknęło? Dobra taktyka, szczęście, czy ogromne serce do walki?
Ja myślę, że wpłynęło na to wiele elementów. Przegraliśmy mecz ligowy kilka tygodni przed finałem, wiedzieliśmy o Legii dużo, a mimo wszystko przegraliśmy. Później to doświadczenie z przegranego meczu przydało nam się. Wiedzieliśmy jak chcemy grać, Piotrek Reiss był w fantastycznej formie, a inni też mu dorównywali. Dzięki dobrej taktyce, dobremu przygotowaniu i dobremu duchowi w zespole zdobyliśmy ten Puchar.
Wiele osób powtarza, że wyjątkowość tamtego Lecha tkwiła w bliskości piłkarzy z kibicami, a także wysokiej identyfikacji piłkarzy z klubem. Jak ta cała, wówczas panująca, atmosfera wyglądała z Pańskiej perspektywy?
Wiadomo, dzisiaj mamy już troszeczkę innego Lecha. Nie ma mnie tam, tylko patrzę z boku na to wszystko. Kibice na pewno nie są już tak blisko drużyny jak wtedy. Wówczas wszystkie treningi były otwarte i często kibice do nas przychodzili, wspierali w trudnych momentach. Przede wszystkim wiedzieli, że są w drużynie problemy finansowe, motywowali nas. Tamten Lech to było po prostu coś wyjątkowego i to się już nie powtórzy. Dzisiaj Lech jest bogatym klubem, który ma jeden z najwyższych budżetów, może dokonywać transferów. My w tamtym czasie też dokonywaliśmy transferów… ale właściwie tylko z klubu. Sprzedawaliśmy najlepszych piłkarzy i tak jak było po Pucharze Polski, tak było też w zimie gdy odszedł Bartek Ślusarski i kilku innych zawodników, bo sytuacja tego wymagała. To wszystko nas mobilizowało i jednoczyło. Bardzo mile wspominam reakcję kibiców po tym sukcesie, bo oni też się tego sukcesu tak naprawdę nie spodziewali. Tamten sezon rozpoczął się fatalnie dla Lecha, dzięki temu właśnie trafiłem do klubu, a potem zdobyliśmy Puchar, Superpuchar… to były piękne chwile.
Wówczas dla Lecha Puchar Polski był ogromnym sukcesem. Wobec tego, jaką rolę zdobycie pucharu krajowego, oczywiście w przypadku zwycięstwa, odegra dla poznańskiego klubu dziś?
Myślę, że kibice zdążyli się przyzwyczaić, że Lech coś zdobywa. W międzyczasie był Mistrzem Polski, wcześniej zdobył Puchar Polski. Nie widziałem wówczas takiej euforii i entuzjazmu, jaka była w 2004 roku, ponieważ wszyscy wiedzieli, że tamten sukces rodził się w wielkich bólach i biedzie. Dzisiaj Lech żyje w luksusie, ma komfortowe warunki do przygotowań. Nie wiem kto jutro wygra, ale kibice z pewnością ucieszą się jeśli ten sezon nie będzie stracony. Dzięki temu piłkarze będą mogli za kilka miesięcy grać w pucharach. Jeśli go nie zdobędą, to europejskie puchary będą bardzo wątpliwe. Inną sprawą jest, że nawet jeśli się zajmie trzecie miejsce to rozgrywki zaczynają się już na końcu czerwca i, z punktu widzenia przygotowań, jest to bardzo niekorzystne. Przez to, Lech może mieć także problemy z walką o Mistrzostwo Polski w przyszłym sezonie, bo cała sytuacja się skomplikuje. Wtorkowy finał jest bardzo ważny dla Lecha z punktu widzenia sportowego, ale i przyszłości tego klubu.
Jaki to będzie, Pana zdaniem, mecz? Taki na jednego gola czy może zespoły zdecydują się grać bardziej pozytywny futbol?
Na pewno nie liczyłbym tutaj na pozytywny futbol. To będzie coś takiego jak my graliśmy w Poznaniu z Widzewem lub jak teraz na Legii. Mecz czekania na swoją szanse, na jeden błąd rywala. Uważam, że ani Lech, ani Legia nie odważą się zaatakować zdecydowanie do momentu, kiedy nie będzie trzeba tego robić. Na pewno Lech jest bardziej doświadczonym od Legii zespołem w walce „o coś”. Posiada więcej reprezentantów, więcej zawodników, którzy grali w europejskich pucharach, ale to jest tylko jeden mecz. Dlatego apelowałbym o koncentrację, o jak najmniej mówienia przed meczem „jacy my będziemy wielcy” itd. To na pewno nie pomaga.
Pański Widzew zmierzył się w miniony weekend z Legią, która nie znajduje się chyba obecnie w najwyższej formie. Jakie są według Pana ich mocne i słabe strony?
Moim zdaniem Legia zaprezentowała się przeciwko nam tak samo, jak Lech w Poznaniu, gdzie zdecydowała indywidualna akcja Wilka. Natomiast w Warszawie mieliśmy indywidualną akcję Wawrzyniaka, który zagrał do Cabrala. To był podobny mecz, choć w Poznaniu mieliśmy więcej sytuacji, niż na Legii. Ważną kwestią jest kto zagra, bo w Legii jest kilka kontuzji, np. nie wiadomo czy zagra Choto. Jeśli zagra, obrona będzie stabilniejsza, jeśli ktoś inny, to Legia może popełniać dużo błędów. W Lechu nie zagra Arboleda, więc też tej stabilności nie będzie. Poza tym mam w pamięci mecz w Poznaniu, gdzie Legia, mimo porażki grała bardzo dobrze. Jednak to tylko ostrzeżenie dla Lecha, że warszawianie nie przestraszyli się w Poznaniu i tak samo będzie w Bydgoszczy.
A co powiedziałby Pan o formie Lecha?
Nie widziałem tego meczu w Lubinie, ponieważ równocześnie graliśmy w Warszawie. Już raczej nie mam kiedy oglądać tych meczów, ponieważ przeważnie oglądamy swojego najbliższego przeciwnika, dlatego nie ma okazji. Inna sprawa, że mecze się pokrywają, a do tych, które się odbyły już nie wracamy, także nie mam receptury na temat Kolejorza.
Kto jest faworytem tego meczu?
Wydaje mi się, że możemy się spodziewać rzutów karnych. Bardzo długo może się utrzymywać wynik 0:0. Maciej Skorża dużą uwagę przywiązuje do taktyki, żeby się nie odkrywać i nie tracić bramek. Chociaż ostatnio im się to nie udaje. Trener Bakero również próbuje grać na zero z tyłu, także moim zdaniem czekają nas rzuty karne. Faworyta wskazywać nie chcę, choć wiadomo, kiedyś pracowałem w Lechu. Dzisiaj jest już inny Lech, inni ludzie, pozostali tylko kibice i im życzę dobrych wrażeń, by mogli znowu świętować.
Po meczu Widzewa z Lechem przy Bułgarskiej, ostro skrytykował Pan trenera Bakero mówiąc - „Jeśli tak ma wyglądać ta Barcelona, to ja dziękuję”. Co Pan sądzi, na dzień dzisiejszy, o efektach pracy Hiszpana w Poznaniu?
To są bzdury. Ja na konferencji prasowej zupełnie coś innego mówiłem. Te słowa są zasłyszane i wyrwane z kontekstu przez któregoś z dziennikarzy. Ja nie oceniam pracy Bakero, nie będę się na jego temat nigdy wypowiadał. Choć wiadomo, że był to świetny piłkarz. Jednak trenera Bakero nie znam, żadnego jego treningu nie widziałem i nie będę go oceniał.
Jak ja pracowałem w Lechu, mówiło się, że jesteśmy poznańską Barceloną. Legendarny kibic Lecha - „Luluś” - zawsze to powtarzał. Ale nie ma to żadnego związku z Bakero (śmiech).
Czy jest coś takiego co potrafi Legia, a czego nie potrafi Lech?
Nie. Myślę, że w Lechu jest więcej indywidualności. Zawsze można się spodziewać, że Rudnevs zagra kapitalny mecz, tak samo Kriwiec, Stilić. Jest więcej indywidualności w ofensywie. Legia, pod warunkiem, że wszyscy są zdrowi, jest chyba bardziej zdyscyplinowana taktycznie. Jednak to Lech potrafi zrobić więcej czegoś, czego się przeciwnik nie spodziewa.
Załóżmy wersję głęboko negatywną. Lech jutro przegrywa, nie kwalifikuje się do europejskich pucharów. Co wtedy czeka tę drużynę?
Nie mam pojęcia. Trzeba wziąć pod uwagę, że kontrakty w Lechu są bardzo wysokie, a budżet musi się bilansować. To jest problem właściciela, zarządu klubu. Może dojść do sytuacji, w której kilku czołowych zawodników będzie chciało odejść, bo taki Rudnevs na pewno będzie chciał dalej grać w pucharach. W przypadku ich braku mogą chcieć odejść. Na szczęście nie ja będę o tym decydował.
Nie muszę chyba pytać za kogo będzie Pan trzymał kciuki?
Oczywiście, że nie. (śmiech)
Rozmawiał: Adam Mieloch